Kiedyś rozmawiałem na forum internetowym z pewną osobą o kapitalizmie. Ja przekonywałem, że kapitalizm jest czymś pozytywnym i potrzebnym, ta druga osoba argumentowała, że wręcz odwrotnie. Po kilku dniach intensywnej wymiany zdań zorientowaliśmy się, że… każdy z nas mówiąc „kapitalizm” mówi o czymś zupełnie innym! Tamta osoba mówiła o jakimś bliżej nieokreślonym systemie niewolnictwa i zniewolenia, a ja  o wolnym rynku. Tej drugiej osobie kapitalizm wcale z wolnym rynkiem się nie kojarzył, a dla mnie wydawało się oczywistym, że mówimy o wolnym rynku – bowiem moim zdaniem kapitał można robić najpełniej na wolnym rynku, a wolny rynek mamy w pełni właśnie w kapitalizmie. Zrozumiałe jest, że mówiąc o dwóch innych rzeczach, nie mogliśmy dojść do żadnego porozumienia… Wniosek może być tylko taki, że zaczynając z kimś rozmawiać o kapitalizmie, czy innych zagadnieniach związanych z gospodarką czy polityką, powinniśmy zawsze upewnić się co do definicji pojęć przez nas używanych, tak aby nie mieć wątpliwości, że obie strony mówią o tym samym i poruszają się w tej samej płaszczyźnie pojęciowej.

Tu pojawia się tytułowy problem: jeśli kapitalizm, to jaki? Osoby nastawione antykapitalistycznie często utożsamiają kapitalizm wręcz z jakimś korporacjonizmem, w rozumieniu dyktatury korporacji i wielkich, często monopolistycznych firm. Problem polega na tym, że socjaliści kierujący swą złość wobec korporacji paradoksalnie mają takie same poglądy jak zwolennicy wolnego rynku, przeciwni korporacjom powiązanym z rządem. Często jest to kierowanie ostrza gniewu w tą samą stronę! Jedyna różnica wynika z definicji – socjaliści korporacje powiązane z rządem nazywają kapitalizmem, a wolnościowcy nazywają je oligarchią. Natomiast jednym i drugim chodzi o to samo. Wolnościowcy kapitalizmem nazywają wolny rynek.

To co ja nazywam socjalizmem w gospodarce lub oligarchią, niektórzy wolnościowcy nazywają inaczej:

1. Rafał Ziemkiewicz nazywa to neoliberalizmem – jako opozycja dla liberalizmu. Przedrostek „neo” sugeruje, że neoliberalizm taki działa zupełnie odwrotnie niż liberalizm, w neoliberalizmie dostęp do rynku ma tylko uprzywilejowana grupa[1].

2. Stanisław Michalkiewicz nazywa to kapitalizmem kompradorskim – „W kapitalizmie kompradorskim – i to właśnie różni go w sposób istotny od zwyczajnego kapitalizmu, zarazem nieuchronnie gospodarkę polityzując – o dostępie do rynku i możliwości funkcjonowania na rynku decyduje przynależność do sitwy, której najtwardszym jądrem są tajne służby a w szczególności – wywiad wojskowy z komunistycznym rodowodem. Sitwa ta, za pośrednictwem agentury nie tylko kontroluje kluczowe segmenty gospodarki z sektorem paliwowym i finansowym na czele, ale za pośrednictwem agentury w aparacie państwa i mediach zabezpiecza tę kontrolę”[2].

 Neoliberalizmowi[3] czy kapitalizmowi kompradorskiemu, Ziemkiewicz i Michalkiewicz przeciwstawiają kapitalizm, czyli wolny rynek. Tak samo jak ja opozycją dla socjaldemokracji czy oligarchii nazywam wolny rynek.

 Lewicowy libertarianin Kevin Carson mówi:

„Chcę zwrócić uwagę na ogromną rolę, jaką państwo odegrało w powstaniu korporacyjnego kapitalizmu, jaki znamy obecnie (…). Przemysłowe korporacje działające na ogólnopaństwową skalę nie były w stanie obsługiwać obejmującego cały kontynent rynku dopóki państwo nie stworzyło ku temu odpowiednich warunków (…).Zaraz po subsydiowaniu infrastruktury, patenty odegrały prawdopodobnie najważniejszą rolę w kartelizacji gospodarki. David Noble w „America by Design” twierdził, że wymiana i gromadzenie patentów były głównymi środkami, dzięki którym parę oligopolistycznych firm mogło skartelizować daną branżę; dobrym przykładem jest oligopolistyczny rynek na urządzenia domowe, stworzony dzięki wymianie patentów między GE i Westinghouse. Stworzenie stabilnych wewnątrzpaństwowych karteli byłoby niemożliwe bez ceł, które Brandeis określił jako „matkę wszelkich karteli”. Nawet wziąwszy jeden z tych czynników i przeanalizowawszy go osobno, dojdziemy do wniosku, że wystarczyłby on, żeby wywołać ogromną różnicę, jeśli chodzi o centralizację i koncentrację bogactwa – tak dużą, że trudno sobie wyobrazić, jak różniłaby się gospodarka bez choćby jednej formy państwowej interwencji. Próba oszacowania synergicznego efektu ich wszystkich razem wziętych – to byłoby niezłe.”[4]

Carson, zwany lewicowym lub socjalistycznym libertarianinem ma rację – trudno o przykład korporacji czy monopolu, które powstałaby bez pomocy państwa.

Rothbard, twórca anarchokapitalizmu zastanawia się: „Weźmy jednak potwierdzoną informację – którą znajdziemy nawet w większych gazetach – że praktycznie całe kierownictwo administracji Cartera (włącznie z samym Jimmy’im Carterem i jego wiceprezydentem, Mondalem) stanowili członkowie Komisji Trójstronnej, niewielkiej i półtajnej organizacji założonej w 1973 roku przez Davida Rockefellera w celu opracowywania strategii politycznych dla Stanów Zjednoczonych, Europy Zachodniej i Japonii, lub członkowie zarządu Fundacji Rockefellera. Reszta rządu Cartera była związana z grupami interesu z Atlanty, szczególnie z Coca-Colą, jedną z największych korporacji w Georgii. Czy to przypadek? Jak zatem na to patrzeć? Czy możemy powiedzieć, że kolosalne wsparcie, jakiego David Rockefeller udziela określonym etatystycznym rozwiązaniom politycznym, jest wyrazem altruizmu? A może stoi za tym konkretny interes finansowy? Czy fakt, iż Jimmy Carter został jednym z pierwszych członków Komisji Trójstronnej, oznacza, że Rockefeller et consortes chcieli słuchać rad mało znanego gubernatora z Georgii? A może wyciągnęto go z niebytu, żeby uczynić go prezydentem? Czy J. Paul Austin, szef Coca-Coli, udzielił mu wsparcia z troski o dobro wspólne? Czy przedstawiciele Komisji, Fundacji Rockefellera i Coca-Coli zajęli miejsca w administracji Cartera, tylko dlatego że ze wszystkich ludzi właśnie oni się do tego nadawali najlepiej? Jeśli odpowiedzi na te pytania brzmią „tak”, to jest to doprawdy zadziwiający zbieg okoliczności. A może jednak chciano w ten sposób zrealizować o wiele nikczemniejsze interesy polityczno-ekonomiczne? Uważam, że odmowa zajęcia się analizą wzajemnych oddziaływań świata polityki i finansów to wylewanie dziecka z kąpielą.”[5]

Samuel Konkin, twórca agoryzmu, oddziela wręcz przedsiębiorców od kapitalistów: „Agoryści wiążą swoje nadzieje z autentycznymi przedsiębiorcami i innowatorami, a nie z kapitalistami (tj. osobami rozporządzającymi kapitałem, niekoniecznie zaś zwolennikami kapitalizmu), będącymi w najlepszym wypadku nieszkodliwymi zarządcami, a w najgorszym wyzyskiwaczami ujadającymi na państwowym pasku”[6]

Propaństwowy kapitalista, czy kapitalista powiązany z władzą, to dla agorystów największe zło współczesnej gospodarki. Agorystów uważa się za radykalnych wolnorynkowców, choć są podejrzliwi wobec korporacji i tego, co nazywają „korporacyjnym kapitalizmem” bądź „państwowym kapitalizmem.”[7]

Agoryści do tego stopnia uważają współprace z państwem za złą, iż twierdzą, że moralny przedsiębiorca powinien przenieść się do szarej lub czarnej strefy, tak by nie wspierać państwa w ogóle (dla agorysty płacenie podatków też jest formą współpracy z państwem).

W przeciwieństwie do agorystów, liberałowie, umiarkowani libertarianie lub zwolennicy państwa minimum, są zdania, że płacić podatki należy, ale jedynie niewielkie (i/lub dobrowolne) – bo tylko niewielkie podatki mogą być korzystne zarówno dla państwa, jak i dla samych obywateli, w przeciwieństwie do podatków dużych (zgodnie z krzywą Laffera)[8].  Jednak zarówno agoryści, jak i libertarianie, jak i zwolennicy państwa minimum mówią jednym głosem: korporacje powiązane z państwem, funkcjonujące na specjalnych warunkach są złem. Monopole państwowe są złem.

Ten krótki przegląd poglądów zwolenników wolnego rynku: od Michalkiewicza i Ziemkiewicza, przez Carsona, Konkina, na Rothbardzie kończąc, pokazuje nam, że nawet zwolennicy wolnego rynku używają różnych pojęć i definicji, choć wszyscy wskazują na to samo zjawisko i sprzeciwiają się tym samym patologiom. To powinno nam uzmysłowić jak ważny jest problem wyjaśnienia definicji przed rozpoczęciem każdej dyskusji, tak aby nie budować wieży Babel, lecz aby osoby biorące udział w dyskusji miały jasność co do używanych definicji, słów i pojęć. Bez tego rozmowa i komunikacja nawet między różnymi wolnościowcami staje się trudna i nie jasna. A co dopiero mówić o rozmowie między wolnościowcem a socjalistą, etatystą lub komunistą… Kiedy rozmawiają dwie osoby, a każda pod określeniem „kapitalizm” lub „socjalizm” rozumie coś zupełnie innego, i nie wyjaśni się tego na początku, to komunikacja staje się niemożliwa i bezcelowa.

Zastanówmy się dalej nad problemem pojęcia „kapitalizm”. Z ust zwłaszcza kolibrów (konserwatywnych liberałów) i korwinowców (zwolenników Janusza Korwina Mikke) można usłyszeć czasami pochwałę XIX wiecznego kapitalizmu. Co może wywoływać wrażenie, że wolnościowcom chodzi o zbudowanie kapitalizmu takiego jaki był w XIX wieku, czyli o swoisty „powrót do przeszłości”. I choć XIX wieczny kapitalizm ma wiele zasług w budowaniu cywilizacji i dobrobytu, krótka analiza wskazuje, że nie o budowanie XIX wiecznego kapitalizmu nam, libertarianom, chodzi. Znajdzie się wiele punktów, w których XIX wieczny kapitalizm nie jest zgodny z ideami głoszonymi przez libertarian. W mediach znaleźć można informacje na przykład o XIX wiecznych fabrykach w których podczas pracy ginęły duże ilości dzieci. Pomijam kwestie wiarygodności tych informacji. Chodzi mi o to, że w libertariańskim społeczeństwie nie sposób sobie wyobrazić sytuacji, że w fabryce ginie osoba, a właściciel nic sobie z tego nie robi, tylko zatrudnia kolejne, które znów narażone są na  niebezpieczeństwo. Nie, w wolnościowym społeczeństwie to właścicielowi zależy na zapewnieniu bezpieczeństwa pracy, w przeciwnym razie jeśli z winy jego zaniedbań dojdzie do wypadku, to właściciel ponosi odpowiedzialność. Narażanie pracowników na niebezpieczeństwo groziłoby bankructwem i ruiną. Może to nie najlepszy przykład, i być może wcale niewiarygodny, ale bliższa analiza różnych sytuacji z wieku XIX wskazuje nam, że takich elementów niezgodnych z libertarianizmem było w tamtym społeczeństwie mnóstwo (nie będę ich tutaj wszystkich analizował, bo to nie czas i miejsce ku temu). Chodzi mi tylko o to, że wyrobienie skojarzenia w opinii publicznej, że chodzi nam o stworzenie XIX wiecznego kapitalizmu, byłoby szkodliwe dla libertarianizmu. Bowiem libertarianin chce budować wolności jakich jeszcze nigdzie wcześniej nie było, w stopniu dotąd przez ludzi niedoświadczanym, chce budować społeczeństwo wolne, co jest nowością a nie powrotem do przeszłości.

Jaki więc kapitalizm? Na pewno nie dyktatura korporacji i monopoli oraz oligarchii. Na pewno nie kapitalizm powiązany z rządem. I na pewno nie powrót do XIX wiecznego kapitalizmu. Być może najwłaściwszą odpowiedzią jest określenie kapitalizm wolnorynkowy. A wolny rynek najbardziej służy biednym i tym, którzy dopiero chcą stać się bogaci, a nie bogatym. Prawdę mówiąc, duże korporacje nie potrzebują wolnego rynku, bowiem duże podatki czy kontrola rynku nie są w stanie im już zaszkodzić – duży łatwo może ominąć podatki lub uciec od nich, uchylając się od płacenia, w najgorszym razie podatki i tak mu nie zaszkodzą nawet jeśli będzie musiał je zapłacić, natomiast kontrola rynku może mu pomóc w tym, aby nie dopuścić na rynek konkurencji. Poza tym powiązania z rządem mogą mu zapewnić wiele nieuczciwych korzyści. Wolnego rynku potrzebują przede wszystkim mali i biedni, drobni przedsiębiorcy i ludzie ubodzy, dopiero chcący wejść na rynek. Wolny rynek to niskie podatki – a więc biedny szybciej się bogaci, bo nie musi państwu oddawać co miesiąc 70% swoich pieniędzy na podatki (tak jak teraz), to również niskie bezrobocie. Na wolnym rynku przedsiębiorcą może stać się każdy – nawet babcia z sąsiedniego bloku, która umie lepić pierogi, a potem sprzedaje je pod klatką oraz pan Zenek, który nie mając roboty, a mając samochód, może wziąć auto i wozić ludzi jako taksówka po doskonale sobie znanej okolicy, zamiast przesiedzieć kolejny wieczór przed telewizorem… Dzisiaj babci nie wolno sprzedawać pierogów, bo musiałaby założyć kasę fiskalną… A panu Zenkowi nie wolno wozić ludzi – bo musiałby dostać licencje i zapisać się do jakiejś korporacji… Wolny rynek umożliwia więc to aby babcia z sąsiedniego bloku lub pan Zenek stali się przedsiębiorcami. Dziś pozbawieni są takiej możliwości i skazani na bezrobocie. Ważne jest też to, że na wolnym rynku pracownik najemny odzyskuje kontrole nad swoimi pieniędzmi, które zarobi – dzisiaj nie ma tej kontroli, bowiem większość pieniędzy jakie zarobi musi oddać na podatki.

Zastanawiam się czy jest sens w ogóle mówić o kapitalizmie? Kapitalizm to pojęcie tak wieloznaczne, i każdy pod tym pojęciem rozumie co innego, że być może o wiele lepiej zrezygnować z używania tego terminu i mówić po prostu, że nam, wolnościowcom, chodzi o wolny rynek. Zwłaszcza, że z moich obserwacji wynika, że ludzie negatywnie reagują na słowo „kapitalizm”, a o wiele pozytywniej na słowo „wolny rynek”. Wolnościowcy niekiedy używają tych pojęć wymiennie, ale kiedy nie dodadzą, że chodzi im o kapitalizm wolnościowy albo wolny rynek lub nie wyjaśnią, że kapitał można robić w pełni tylko na wolnym rynku – wówczas istnieje szansa, że rozmówca nie zorientuje się o jaki „kapitalizm” nam chodzi i błędnie zrozumie to o czym mówimy. Libertarianie chcą budować wolność – i to przesłanie powinno być jasne i czytelne, powinniśmy dołożyć wszelkich starań by tak właśnie rozumiano nasze stanowisko. Pojęcie „kapitalizm” może wprowadzić tu dużo niejasności, zwłaszcza jeśli uprzednio nie zostanie konkretnie zdefiniowane.

Na koniec cytat z Wilhelma Ropke: „Nasz nowoczesny świat staje się bezsprzecznie teatrem maskowym ideologii, podczas którego nikt już tak naprawdę nie wie, co się skrywa za wypowiedzeniem danego słowa. Nasze dzienne słownictwo jest przepełnione wyrażeniami jak »demokracja«, »reakcja«, »kapitalizm«, »socjalizm«, »faszyzm«, które zaprzeczają celowi języka, jakim jest międzyludzkie porozumiewanie się za pomocą precyzyjnych wyrażeń. (…).”[9]   Ropke uważa, że pojęciem najczęściej podlegającym takiemu wypaczeniu jest termin „liberalizm”. Moim zdaniem pierwsze miejsce w tym jarmarku wieloznaczności należy się zdecydowanie innemu, pokrewnemu pojęciu: „kapitalizm”.


 

Przypisy:

 

[1] Więcej w artykule Rafała Ziemkiewicza „To nie jest kraj dla liberałów” 
http://www.rp.pl/artykul/103612.html

[2] Więcej w „Polityczny kapitalizm kompradorski” 
http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=2584
  Michalkiewicz pisze tu: „Jakie z tego wnioski? Ano proste – a właściwie jeden wniosek – że mianowicie trzeba jak najszybciej zlikwidować model politycznego kapitalizmu kompradorskiego i zastąpić go zwyczajnym kapitalizmem.”

[3] Należy pamiętać, że istnieje jeszcze inna definicja neoliberalizmu, taka z jaką spotykamy się np. na Wikipedii 
http://pl.wikipedia.org/wiki/Neoliberalizm
 : „ Neoliberalizm to nurt w historii myśli ekonomicznej (…) postulujący powrót do zasad wolnego rynku i ograniczonej do minimum ingerencji państwa w gospodarkę” – oczywiście Ziemkiewicz nie sprzeciwia się tak rozumianemu neoliberalizmowi. Mamy więc dwa możliwe rozumienia tego terminu: 1. neoliberalizm jako powrót do liberalizmu  2. neoliberalizm jako odwrotność liberalizmu. Tym pierwszym znaczeniem się tu nie zajmujemy.

[4] Wywiad z Kevinem Carsonem 
http://carson.liberalis.pl/wywiad-z-carsonem/

[5] Cytat za Mises.pl: 
http://mises.pl/blog/2008/03/25/murray-n-rothbard-inne-spojrzenie-na-spiskowa-teorie-dziejow/

[6] Wywiad z Samuelem Konkinem 
http://liberalis.pl/2008/05/18/anarchia-agora-akcja-wywiad-z-samem-e-konkinem-3/

[7] Joseph Stromberg, „The Political Economy of Liberal Corporatism

[8] Więcej o krzywej Laffera w książce Roberta Gwiazdowskiego „Podatek progresywny i proporcjonalny: doktrynalne przesłanki, praktyczne konsekwencje”

[9] Cytat za: Kamil Kisiel „Wilhelm Ropke – konserwatywny feniks z popiołów liberalizmu”
http://www.konserwatyzm.pl/artykul/8074/wilhelm-ropke—konserwatywny-feniks-z-popiolow-liberalizmu

Czy byłoby możliwe istnienie społeczeństwa bez państwa? (rządu, władzy?).

Żyjemy w hobbesowskim dogmacie, czyli w perzkonaniu,  że gdyby nie było państwa, to wszyscy rzucilibyśmy się sobie do gardeł, wyszlibyśmy na ulice gwałcić, mordować i kraść. Hobbesowski dogmat jest tak głęboko zakorzeniony w mentalności europejczyków, że przyjmujemy go za pewnik, wiare w niego przejmujemy od otoczenia, zazwyczaj w ogóle nie poddając go krytyce. W hobbesowskiej koncepcji państwo ma być jedynym ratunkiem i jedynym wybawicielem, jednym gwarantem porządku i ładu.

Tymczasem, czy państwo wywiązuje się z tych postulatów? Czy chroni życie i własność obywateli? Nie, historia pokazuje, że to właśnie państwo jest największym zagrożeniem dla obywateli, ich życia i własności. Państwo ma monopol na użycie siły i przemocy, monopol na kradzież (podatki), agresje oraz wyzysk obywatela – państwo może dopuszczać się tego wszystkiego w sposób legalny! Przyjrzyjmy się tylko jednemu aspektowi – czy rząd wywiązuje się ze swojego podstawowego postulatu, czyli ochrony życia? W XX stuleciu rządy zabiły około 169 milionów ludzi (Rummel 1994). „Chociaż XX wiek ucierpiał na skutek dwóch wojen światowych i innych krwawych konfliktów zbrojnych, na polu bitwy czy z powodu bombardowań zginęło mniej ludzi, niż zostało zamordowanych albo zagłodzonych na śmierć przez ich własne rządy” (Erich Weede, „Prawa człowieka, ograniczony rząd i kapitalizm”). Ktokolwiek zatem chce chronić prawa człowieka powinien przede wszystkim skupić się na konieczności ochrony obywateli przed państwem i nadużywaniem przez nie władzy.

System społeczeństwa bez państwa opartego o dobrowolne umowy nazywa się anarchokapitalizmem . To tak jak profesor Huerta de Soto powiedział: że jest w stanie wyobrazić sobie sytuacje, że wolny rynek rozrasta się do tego stopnia, że przejmuje wszystkie funkcje państwa. Wolny rynek to system w którym ludzie świadczą sobie usługi w oparciu o dobrowolne umowy.

I teraz pytanie – czy taki system może istnieć? Ludzie straszliwie obawiają się systemu opartego o dobrowolne umowy, współprace i brak przymusu. Nazywają go utopią. Tymczasem pytaniem nie jest, czy to jest w ogóle możliwe, tylko do jakiego stopnia. Wolny rynek przejmuje różne funkcje już teraz – problemem pozostaje jak daleko to może sięgnąć?

Są w zasadzie 4 stopnie urynkowienia:

 

I. Zwolennicy pierwszego twierdzą, że państwo powinno zajmować się WSZYSTKIM lub wszystkim, jak najbardziej się da – są to komuniści, skrajni etatyści i skrajni interwencjoniści

 

II. Zwolennicy drugiego poziomu, twierdzą, że dobrze jest jak państwo nie wtrąca się w sprawy: religii, sportu, gospodarki itp.

 

III. Zwolennicy trzeciego, że wolny rynek może przejąć również funkcje opieki zdrowotnej, edukacji czy budowy dróg

 

IV. Zwolennicy czwartego, że wolny rynek może przejąć także funkcje świadczenia usług ochrony, policji i sądownictwa.

 

Większość ludzi lokuje się gdzieś między poziomem drugim a trzecim. Zwolenników poziomu I i IV jest niewielu. Mało kto jest komunistą, przekonanym, że państwo powinno zajmować się wszystkim, w tym produkcją śrubek, szyciem butów czy pieczeniem bułek. Mało kto też jest sobie w stanie wyobrazić, że wolny rynek mógłby przejąć ochrone, policje czy sądy – nawet dla liberałów i wielu libertarian jest to „hardcore”, coś nie do przyjęcia. Natomiast filozofowie, ekonomiści i politolodzy już od kilku wieków opisują jak mógłby funkcjonować rynek prywatnych agencji ochrony, policji i sądów, czyli jakby mogło funkcjonować zupełnie wolnościowe społeczeństwo – jednak zakładam, że ponad 95% społeczeństwa nigdy się nie zapoznała z takimi koncepcjami i nawet nad problemem nie rozmyślała (bo dogmatów z zasady się nie podważa).

Wielu liberałów, zwolenników klasycznego liberalizmu oraz libertarian z niechęcią i przerażeniem odnosi się do idei anarchokapitalizmu. Tymczasem każdy zwolennik wolnego rynku, liberał czy libertarianin powinien uznać filozoficzną możliwość zaistnienia anarchokapitalizmu, jako logiczną konsekwencję tego o co walczy. Jeśli walczysz o wolny rynek, to musisz sobie zdawać sprawę z jego możliwych, także hipotetycznych konsekwencji – a te są jasne – do pomyślenia jest sytuacja, gdy wolny rynek rozrasta się do tego stonpia, iż przejmuje wszystkie funkcje państwa. Filozoficzne, intelektualne pogodzenie się z tą prawdą nie oznacza jeszcze, że walczymy o zniesienie państwa, lecz, że akcpetujemy wszystkie możliwe konsekwencje rozrostu wolnego rynku i je rozumiemy.

A więc panowie liberałowie, korwiniści, libertarianie – więcej luzu w podejściu do anarchokapitalizmu! :-)

Zawsze istnieje szansa, że wolny rynek o który walczymy, rozrośnie się bardziej niż tego sobie życzymy – i trzeba być na to przygotowanym. Jeśli ktoś obawia się wszelkich możliwych konsekwencji wzrostu wolnego rynku, to może warto aby przestał wspierać wolny rynek już teraz? Być może ktoś taki stoi tak naprawdę po złej stronie barykady…

Nie wiem czemu anarchokapitalizm tak bardzo przeraża wolnościowców. Mnie wizja państwa opartego o dobrowolne umowy, wymianę i brak przymusu wcale nie przeraża. Co więcej to już się dzieje – wolny rynek już teraz przejmuje różne funkcje państwa i zaspokaja ludzkie potrzeby. Ja rozumiem, że wizja społeczeństwa bez państwa jest dla współczesnych tak samo egzotyczna, jak kilkaset lat temu egzotyczna była wizja społeczeństwa bez króla. To, że sobie tego nie wyobrażamy, wcale nie oznacza, że nasi potomkowie za 1000 lat, a może 500, a może 100, nie zechcą żyć w społeczeństwie wolnym od państwowego ucisku. I jakkolwiek wydaje się nam to egzotyczne czy nierealne, to stać się tak jak najbardziej może – zwłaszcza, że nie jest to sprzeczne z logiką, zasadami ekonomii, ani ludzką naturą.

Czy walczę o anarchokapitalizm? Ależ skąd! Walczę o wolny rynek.

Otagowane:  

Co z tą Pocztą Polską?

Dodano 22 grudnia 2013, w ekonomia i wolny rynek, przez Dawid Hybsz

W mediach pojawia się dużo informacji o Poczcie Polskiej, o tym, że traci kolejne przywileje oraz, że przybywa jej konkurencji. Czytam komentarze internautów pod tymi informacjami  i , o dziwo, większość z nich twierdzi, że Poczta Polska jest potrzebna, niezbędna i powinna trwać nadal. Tylko jakoś sensownych argumentów brak… Poczta Polska musi trwać, bo… ? Bo co? Bo listy nie będą dostarczane na czas? Bo ludzie na wsi będą mieli problem z wysłaniem kartki świątecznej na Boże Narodzenie? Bo trwała tak długo, to szkoda ją teraz likwidować? Bo to dobro narodowe? Bo państwo powinno zajmować się wysyłaniem listów?

Gdzie są sensowne arugmenty w tej dyskusji? Niby z jakiego to ważnego powodu Poczta Polska musi trwać?

Przenieśmy się na moment w świat fantazji. Wyobraźmy sobie, że powstało Państwowe Przedsiębiorstwo Szycia Butów, w skrócie PPSB. I że jak ktoś chce naprawić buty to nie może iść do prywatnego szewca, bo na rynku monopol ma Państwowe Przedsiębiorstwo Szycia Butów. A nawet jak ktoś chce pójść do prywatnego szewca, to i tak musi zapłacić podwójnie – w podatkach płaci na PPSB, a z własnej kieszeni drugi raz jak pójdzie prywatnie. Większość ludzi postuka się w głowe i powie że to poroniony pomysł i chora fantazja. Ale dokładnie ci sami inteligentni ludzie, którzy nie mają problemu aby w jednej chwili zrozumieć nonsens istnienia Państwowego Przedsiębiorstwa Szycia Butów, gubią się, jeśli podejmiemy temat Poczty Polskiej – a przecież istnienie państwowej poczty to dokładnie taka sama sytuacja jak z Państwowym Przedsiębiorstwem Szycia Butów! Nie ma żadnej różnicy. I do jednego, i do drugiego tyczą się dokładnie te same zarzuty. I jedno, i drugie jest równie absurdalne i równie niepotrzebne.

Czemu ludzie z łatwością dostrzegają absurd istnienia Państwowego Przedsiębiorstwa Szycia Butów, a ci sami ludzie nie są w stanie już tego dostrzec  w odniesieniu do państwowej Poczty? – to dobry temat badań dla psychologów. Podejrzewam, że nie jedną pracę doktorską z psychologii można by na tym napisać…

 

Bo Poczta Polska lepiej działa  ( – oh really?)

Niektórzy ludzie twierdzą, że nie mają zaufania do prywatnych dostawców listów i wolą korzystać z usług Poczty Polskiej. Jeden z internautów napisał do mnie: „Mimo wszystko firmy kurierskie reprezentują gorszy poziom od Poczty Polskiej. Przykład : kupiłem towar, wybrałem „Poczta Polska paczka ekonomiczna” a ta przyszła już na drugi dzień! Innym razem wybrałem Kuriera DHL. Przesyłka szła całe 6 dni!”

To zupełnie odwrotnie niż pokazują moje doświadczenia. Zamówiłem ważną przesyłke korzystając z usług Poczty Polskiej. Nadawca zaznaczył usługę z doręczeniem osobistym i zapłacił za to – zostawili list z dokumentami na skrzynce przed domem, każdy mógł go sobie zabrać! Inny przykład – dostaje awizo z poczty mimo iż jestem w domu! – bo listonosz poczty się wycfanił, nie chce mu się nosić ciężkich paczek, to zostawia je na poczcie, nie dzowni do domu, w zamian wrzuca do skrzynki awizo (nie zdażyło się aby żaden kurier prywatny coś takiego zrobił!). I inny przykład – nadana na poczcie przesyłka zaginęła – usłyszałem słowo przepraszam :) I tak moglibyśmy się przerzucać doświadczeniami z własnego życia cały dzień, albo i dwa… Tylko po co? To wszystko subiektywne odczucia, subiektywne oceny, indywidualne przeżycia. I dokładnie o to chodzi – korzystaj z usług tych którzy ci bardziej pasują! I których lepiej oceniasz! Mi Poczta Polska wcale nie pasuje! Tylko czemu mam ze swoich podatków dokładać do poczty skoro nie chcę z jej usług w ogóle korzystać?! W tym jest cały problem właśnie. Każdy powinien zostawiać pieniądze tym, których usługi ceni bardziej. Chcesz korzystać z usług Poczty Polskiej – to ją sobie finansuj z własnych pieniędzy.

 

Bo na wioskach ludzie nie będą mogli wysłać listów

Kolejny internauta raczył mnie oświecić: „Poczta Polska jest potrzebna, bo na małe wioski nie będzie się opłacało prywatnym dostawcom przyjeżdżać. A dojazd do dużego miasta kosztuje”.

Tak, tylko co z tego wynika? Że ja mam płacić za wysyłanie listów na wiosce, albo za cudzy dojazd do miasta? Sam dojeżdżam często do dużego miasta, a jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby za mój dojazd płacili inni (podatnicy).

Już widziałem takie wioski, kilka chałup na krzyż, ale Urząd Pocztowy obowiązkowo musi stać. W środku kilka okienek, kilku zatrudnionych urzędników, a w środku pusto – brak klientów. Tylko kto ma za to płacić? Czy jest sens utrzymywać cały urząd tylko po to aby bacia mogła wysłać kartke z życzeniami na święta?

Nieprawdą jest, że prywatni dostawcy nie przyjeżdżają na wioski. Przesyłki dostarczane są również na wioski. A że tacy dostawcy przejżdżają tam żadziej i nie w godzinach jakie mieszkańcom pasują? To wsytarczy posatwić skrzynke pocztową, z której każdy będzie mógł odebrać przesyłkę wtedy, kiedy chce. Nie potrzeba do tego budowania całego urzędu.

 

Poczta Polska musi istnieć, aby dostarczać listy z sądu

„A jak ci taki z bożej łaski ‚operator’ nie doręczy wezwania na rozprawę sądową – bo dopiero „buduje sieć placówek”, to co będzie?” oraz następne  „Pogadamy jak „alternatywny dostawca poczty”  zgubi Ci wezwanie do sądu”.

Ah, oczywiście, bo tylko Poczta Polska potrafi dostarczyć listy z sądu i z urzędów. To tak trudne zadanie, że przekracza możliwości prywatnego dostawcy. Pytanie można odwrócić – A co jeśli Poczta Polska nie dostarczy listu z sądu lub urzędu na czas? Dostawca, który nie dostarczy przesyłki na czas łamie postanowienia zawartej umowy, do której wykonania się zobowiązał – i wówczas on ponosi karę i konsekwencje. Jeśli jest prywatny to przynajmniej wiadomo kogo winić. A kogo pociągać do odpowiedzialności w przypadku gdy zawini państwowy urząd?

Poza tym to problem wydumany, najpierw dajmy prywatnym dostawcom szanse dostarczać listy z urzędów. Jak z góry możemy wiedzieć, że nie podołają temu zadaniu? To tak jakby z góry zakładać, że prywatny piekarz na pewno nie upiecze wystarczającej ilości bułek, i rano nie będzie bułek w sklepach, i nie będziemy mieli co jeść. To na prawdę straszne, ale czy prawdziwe?

 

 

I takie są te wszystkie argumenty „obrońców państwowej poczty” – wydumane, absurdalne, groteskowe. Nie spotkałem żadnego logicznego argumentu uzasadniającego, że istnienie państwowej poczty jest niezbędne. A czyż można by było oczekiwać jakiś sensownych argumentów na przykład od obrońców Państwowego Przedsiębiorstwa Szycia Butów? W zasadzie wejście na rynek prywatnych dostawców pocztowych już pokazało, że są oni w stanie wykonać te same usługi szybciej i taniej, a także pojawiły się innowacje (np. paczkomaty). Problem z państwową pocztą jest taki, że wciąż utrzymuje monopol na dostawe pewnych usług, a także wciąż może korzystać z finansowej pomocy państwa (czytaj: obywateli, podatników, ludzi nie korzystających z jej usług).

Sądzę, że na rynku usług pocztowych zostaną tylko ci dostawcy, którzy wykonują swoje usługi najlepiej, najszybciej i najdokładniej. To oczywiste, że nie wszyscy prywatni wykonują usługi dobrze – wśród mnóstwa firm są takie, które robią to niedokładnie lub nieterminowo – i ich koniec na rynku jest bliski. Sądzę jednocześnie, że Poczta Polska wykonuje swoje usługi tak słabo, że gdyby nie ochrona państwa, to na rynku już dawno by jej nie było.

Powiedzmy sobie na koniec wprost, państwo zajmujące się wysyłaniem listów jest tak samo absurdalne jak państwo zajmujące się produkcją gwoździ, szyciem butów, czy pieczeniem bułek.

Otagowane:  

Spodobał ci się, lub szczególnie zainteresował,  któryś z moich tekstów (lub jego fragmenty)  i chciałbyś go zamieścić na swojej stronie albo w jakimkolwiek innym miejscu? – napisz do mnie na d1h@op.pl a na pewno wyrażę na to zgodę. Teksty właśnie po to są tu publikowane, aby je rozpowszechniać.

 

Nie jest to tekst dla tych, którzy nie wierzą w spiskową teorie dziejów, pod nazwą „służby rozgrywają globalne wydarzenia”. W zasadzie to nie tyle teoria, co fakt, który można wydedukować z istniejącego stanu rzeczy, a także z wiedzy historycznej. Tak – wielkie przewroty społeczne nie dzieją się przypadkiem, a nawet jak się zadzieją czasami przypadkiem, to służby od razu próbują je wykorzystać do własnych celów i ukierunkować w pożądany przez siebie sposób. Potwierdza nam to aż nadto, wiele przykładów z historii.

Uświadomieni tym krótkim wstępem, zacznijmy refleksję nad tym co dzieje się obecnie na Ukrainie.

Stanisław Michalkiewicz – skądinąd niestrudzony, wybitny demaskator poczynań tajnych służb, nie tylko rodzimych (co ciekawe, refleksje opiera zawsze o racjonalne przesłanki, dające się wywnioskować z obecnych wydarzeń, nie fantazjuje zanadto) – w swoim tekście „Za naszą i waszą” zajął się właśnie analizowaniem problemu wydarzeń na Ukrainie 
http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=2966
. W artykule tym stwierdza: „Zatem Anschluss Ukrainy do UE oznaczałby wyłuskanie tego kraju z rosyjskiej strefy Europy i tym samym – poszerzenie niemieckiej strefy Europy. Skoro tedy wszystkie grupy parlamentarne w naszym nieszczęśliwym kraju są za Anschlussem Ukrainy do UE, to znaczy, że Stronnictwo Ruskie zostało u nas zdominowane przez Stronnictwo Pruskie. A to z kolei oznacza, że tak naprawdę na scenie politycznej nie ma czterech ugrupowań, ani nawet dwóch, tylko jedno. Dlatego tak łatwo o porozumienie ponad podziałami.”

Słusznie pana Michalkiewicza zastanawia, że wszyscy polscy politycy, jak jeden mąż, stanęli po stronie włączenia Ukrainy do UE. Czy to oznacza, że nie ma już u nas polityków prorosyjskich – o których tyle się mówi (i tyle się widzi?) – a cała rosyjska agentura nagle gdzieś wyparowała? (a może jej nigdy nie było? haha). Czy więc rację ma pan Michalkiewicz, wnioskując, że cała prorosyjska grupa polityczna i prorosyjska agentura, przefarbowała się, zmieniła kierunek, i dziś poza niemiecką (Stronnictwo Pruskie) agenturą, innej, rosyjskiej, już nie ma?

Nie sądzę! Stronnictwo Ruskie jak było, tak jest, i właśnie wykonuje swoją dziejową rolę. Ale przyjrzyjmy się wszystkim możliwościom:

1. Cała agentura rosyjska przeszła na strone niemiecką (unijną)

2. W dzisiejszych czasach nie ma już agentury rosyjskiej i agentury niemieckiej, bo te przerodziły się w jakąś jedną, wspólną agenture działającą dla ponadnarodowego celu, tudzież polscy politycy grają dla jeszcze inne agentury – np. Mossadu (co ciekawe dużo mówi się o działaniu w Polsce agentury rosyjskiej i niemieckiej, a przecież są też inne, liczne – amerykańska i Mossad). W sumie to by się zgadzało – polscy politycy, którzy ochoczo w pierwszym szeregu ruszyli na ukraiński bój, mają przecież żydowsko-ukraińskie korzenie – bez trudu można odnaleźć informacje o Kaczyńskich-Kalksteinach rodem z Odessy, Pawle Kowalu ukraińskim Żydzie, czy o braciach Kliczko – w gazecie „Lehaim” (nr 12, grudzień 2003) żydzi wprost napisali, że bracia Kliczko są żydami właśnie, w tekście „Od kipy do kapy” (kipa – okrągła żydowska czapeczka do nakrywania głowy, kapa – ochraniacz na zęby dla boksera)  [ciekawe czy agentem Mossadu może być ktoś kto nie jest Żydem? – chyba nie?]

3.  Kolejna możliwość: agentura rosyjska w Polsce nie przestała istnieć i wykonuje swoje zadanie – wspierając rozruchy na Majdanie oraz wspierając przyłączenie Ukrainy do UE robi dobrą robote dla Rosji, bo tworzy pretekst do wprowadzenia rosyjskich wojsk na Ukraine, w celu zrobienia porządku i ochrony ludności „na Krymie”. Kto wie czy na naszych oczach nie realizuje się dawno zapowiadany (i dawno ustalony?) scenariusz, że wschodnia część Ukrainy ma należeć do Rosji, zachodnia do sfery wpływów państwa Zachodu (Niemiec). Może taki ostatecznie przyświeca temu wszystkiemu cel? Jeśli nie wojska rosyjskie wprowadzone w celu ratowania ludności, to może chociaż referendum? – w którym ludność wschodnich ziem opowie się za Rosją, a zachodnich za UE? Któż wie czy to co obserwujemy to nie jest preludium do zrealizowania tego właśnie starego celu (mówie starego – bo taki pomysł, podzielenia Ukrainy na dwie części, istnieje od dawna).

4.  Nie ma żadnej agentury, a wszystko co obserwujemy na Ukrainie dzieje się spontanicznie i oddolnie. Agentura to wymysły chorych umysłów. Żadna agentrua nie istnieje, a jak istnieje to nie reżyseruje żadnych przewrotów społecznych, a jeśli te już oddolnie powstaną, to agentura się tym nie interesuje i nie próbuje przejąć kontroli nad takimi ruchami i wydarzeniami dla osiągnięcia własnych celów.

 

Wszystko może jest jeszcze prostsze – Kaczyński po prostu nienawidzi Rosji, Kowal wspiera swoją ukraińską ojczyzne, Kliczko nie wie, że jest żydem, pozostali politycy rodem z SLD i PZPR nigdy tak naprawdę nie byli prorosyjscy, ani nie było wśród nich żadnych rosyjskich agentów, a tylko przez przypadek śpiewają „z jednego klucza” wspólnie z politykami innych, odległych im partii, w ogóle żadna agentura rosyjska i niemiecka w Polsce nie istnieje, Mossad to bajeczki dla małych dzieci, Putin nie był nigdy pułkownikiem KGB, działania wszystkich polskich polityków wobec Ukrainy wynikają wyłącznie z ich ogromnej miłości do Polski (do Unii? do Ukrainy?), a w ogóle to na tej Ukrainie nic się takiego specjalnego nie dzieje – dzień jak codzień, szara codzienność. Po co budować te wszystkie śmieszne teorie, skoro rzeczywistość jest jaka jest – oczywista.

Bez wątpienia żyjemy w ciekawych czasach :-)

Otagowane:  

„Jeśli się uważnie przyjrzymy, z łatwością dostrzeżemy, że religie powstały początkowo dla jednego celu, który w tej książce nazywamy zwiększaniem żywotności. Miłość, dobro, życie, doskonałość – to wszystko elementy akcentowane we wszelkich religiach. Jednak ten początkowy ideał (rozwijanie życia) poprzez wieki został wypaczony lub zepchnięty na boczny tor religii. I choć idea zwiększania żywotności pobrzmiewa jeszcze czasem w dzisiejszym przekazie religijnym, to często jest zagłuszana, zazwyczaj pewnie w sposób nieuświadamiany, przez dochodzącą z impetem do głosu mentalność śmierci (pociąg ku śmierci)! Przyjrzyjmy się temu. Pociąg ku śmierci w niektórych religiach może przejawiać się jako kult cierpienia. Czy znasz religie w jakich kult cierpienia dominuje? W chrześcijaństwie kult cierpienia wręcz się „wylewa” z każdego gestu, słowa, rytuału. Męka Chrystusa, rzesze męczenników, gloryfikacja cierpienia, akcentowanie grzeszności. Nawet jeśli czasem przykrywa się to wszystko z jednej strony ideami o Miłości, to z drugiej strony niszczy się od razu owo dobre wrażenie ideą i pożądaniem śmierci. Czy to jest sens nauki Chrystusa?

(…)  Zauważ, że kult cierpienia tworzą osoby, które nie wiedzą jak sobie z tym cierpieniem poradzić. Przecież przekaz cierpienia jest jasny – cierpienie pokazuje jak dużo autodestrukcji, pociągu do śmierci nie zostało w nas jeszcze uzdrowionego. Pokazuje, że coś wymaga zmiany. Ból wskazuje, że zmiany wymaga nasze nastawienie do czegoś: do sytuacji, zdarzenia, życia. (…) Ktoś taki – często dumny i zarozumiały, tudzież podbudowany religijną ideologią, lub zmotywowany substancjami, które podczas cierpienia wytwarza organizm (i do których można się silnie przyzwyczaić) – trwa przy swoim, powiedzmy wprost: trwa przy zaślepieniu. Cały świat podpowiada mu przez sygnał, którym jest ból i cierpienie: „Zrób coś”, „Zmień coś”, „Podążasz drogą sprzeczną z celem natury, przyrody”, „Tak dalej nie możesz żyć” – a on zdaje się nie dostrzegać prostych wskazówek natury, lekceważy je. Ból to zawsze sygnał natury. Gdy trzymasz rękę nad ogniem, ból, który się pojawia to sygnał: „Weź ją stąd, zabierz stąd rękę, niebezpieczeństwo!, zmień coś”. Jednocześnie gdy ten sam ból pojawia się w związku z innymi elementami życia, nie odbieramy go już tak jasno. Dlaczego? I do kogo mamy potem pretensje? Do Boga? Czy miałbyś pretensje do Boga o to, że oparzyłeś się świeczką?! (…).

Cierpiętnictwo, męczennictwo, asceza, poświęcanie tego życia dla życia po śmierci, zaprzeczanie afirmacji życia poprzez celibat i tłumienie seksualności, niechęć do ciała i materii, oczekiwanie na koniec świata, apokaliptyka i wiele innych. Gdyby tak wziąć „pod lupę” każdą religię po kolei, to listę można byłoby powiększać chyba bez końca. A miało być tak pięknie… Z początku religia miała służyć rozwijaniu miłości, żywotności, pokonaniu śmierci (instynkt śmierci), a skończyło się odwrotnie – instynkt śmierci zwycięża, skończyło się promowaniem pociągu ku śmierci, skończyło się uleganiem mentalności śmierci. Czyżbyśmy mieli do czynienia naprawdę z cywilizacją śmierci?”

Z cyklu „Błędy popełnianie przez niektórych libertarian” wezmę teraz pod lupę tekst o aborcji
http://rafaltrabski.wordpress.com/partia-libertarianska/program-partii-libertarianskiej/deklaracja-polityczna-wersja-1-1/moje-uwagi-do-deklaracji-pl-aborcja/
– tak się znowu składa, że tekst, tak samo jak poprzedni, pochodzący z bloga ANTISTATE.

Autor bloga rozpoczyna swoją refleksję słowami: „Na samym początku Partia Libertariańska wykazuje swoją słabość, jaka jest ugodowość i postawa możliwie jak najbardziej neutralna, która ma umożliwić nie narażenia się żadnej ze stron. To, że kwestia aborcji jest kontrowersyjna nie jest powodem, aby libertarianie mogli w związku z tym wyrzekać się fundamentów, jakimi są prawa naturalne. Moja opinia w tym względnie będzie ostra, oparta na rozumowaniu logicznym operującym jedynie prawem do samo-posiadania i zasadą nie-agresji, które stanowią podstawę filozofii libertariańskiej i bez których libertarianizm przestaje być libertarianizmem.”  -  po czym przechodzi do poglądu, że Partia Libertariańska powinna stanąć na stanowisku potępienia aborcji i ochrony życia od samego momentu poczęcia (zapłodnienia).

Zadziwiło mnie takie podejście autora bloga do problemu aborcji, a uczucia zadziwienia doznałem co najmniej kilka razy, czytając jego tekst. Ale po kolei. Po pierwsze wyjaśnijmy sobie jakie jest stanowisko Partii Libertariańskiej w sprawie aborcji:

„Libertarianizm wypracował dwie dominujące perspektywy dotyczące tej kwestii. Część libertarian opowiada się za prawem kobiety do dokonania aborcji (tzw. pozycja pro-choice), część jest temu przeciwna (tzw. pozycja pro-life).Partia Libertariańska nie zajmuje oficjalnego stanowiska wobec problematyki aborcji, nie będzie zatem prezentować żadnych rozwiązań jej dotyczących. Każdy członek Partii Libertariańskiej posiadać będzie w tej kwestii pełna autonomie, tj. będzie miał prawo odnosić się do niej wedle własnego sumienia. Podczas glosowań nie będzie narzucana dyscyplina partyjna. Partia Libertariańska stanowczo sprzeciwia się jednak pomysłom refundowania aborcji z budżetu państwa.”

Takie stanowisko nie jest wyrazem słabości Partii Libertariańskiej, tylko jak najbardziej dowodem jej rozsądku i konsekwencją wolnościowego podejścia, które zobowiązuje do tego, by traktować z szacunkiem poglądy poszczególnych członków partii, bez odgórnego narzucania im rozwiązań światopoglądowych (chyba trudno o bardziej wolnościowe podejście?).

Gdyby jednak potraktować takie stanowisko partii jako wyraz słabości, to byłoby trzeba skierować się w kierunku zupełnie odwrotnym, niż zrobił to Rafał Trąbski! Ktoś mógłby mieć bowiem pretensje do Partii Libertariańskiej, że okazała słabość i nie opowiedziała się zdecydowanie za depenalizacją aborcji (czyli kierunek odwrotny, niż to sugerowano na blogu ANTISTATE). Rasowy libertarianin z zasady powinien opowiedzieć się za depenalizacją aborcji, niezależnie od swoich osobistych poglądów na ten temat – toteż raczej właśnie takiego stanowiska można by się spodziewać po Partii Libertariańskiej.

Możliwości były dwie – albo partia opowie się za depenalizacją aborcji, albo – tak jak zrobiła – nie zajmie w tej sprawie stanowiska, oddając tu decyzję sumieniu każdego z jej członków. Sytuacja, jaką sugeruje Rafał Trąbski na swoim blogu, aby Partia Libertariańska opowiedziała się przeciwko aborcji i za ochroną życia od momentu zapłodnienia, byłaby sytuacją absurdalną. To własnie takie stanowisko świadczyłoby o słabości Partii Libertariańskiej, bo już na samym początku pokazywałoby światu, że Partia Libertariańska wcale nie jest libertariańska, lecz jest kolejnym konserwatywnym tworem na polskiej, wolnościowej, niewielkiej, scenie politycznej.

Przyznam szczerze, że znam bardzo niewielu działaczy albo autorów libertariańskich opowiadających się przeciwko aborcji. W zasadzie przychodzi mi tu na myśl tylko jeden – Ron Paul, który z powodów religijnych osobiście jest przeciwny aborcji, ale nawet on uważa, że legalność lub nielegalność aborcji powinna leżeć w gestii prawa poszczególnych stanów USA; czyli w jednych aborcja byłaby legalna, w innych nie. Jednakże wszyscy znaczący autorzy libertariańscy – od Rothbarda po konserwatywnego Hoppego byli za depenalizacją aborcji. Ktoś kto myśli, że Partia Libertariańska mogłaby stanąć na stanowisku zakazu aborcji po prostu pomylił adres – konserwatywni liberałowie, kolibry mogą być za takimi zakazami, ale nie partia libertariańska.

Na gruncie nauki nie sposób wykazać, kiedy zarodek staje się człowiekiem. Z całą pewnością wiadomo jednak, że nie dzieje się to w momencie zapłodnienia. Jajo w momencie zapłodnienia NIE JEST istotą ludzką, to zaledwie dwie połączone komórki. Takie twierdzenie prowadziłoby do absurdów i chronienia komórek – plemników i komórek jajowych jako potencjalnych “ludzi”, co jest nonsensem. Z powyższego wynika, że BARDZO DOBRZE, iż partia libertariańska nie stara się zajmować w tej kwestii żadnego stanowiska. Kwestia kiedy komórka staje się człowiekiem to kwestia wiary religijnej. A my, jako libertarianie, nie będziemy narzucać innym – i sobie wzajemnie – poglądów religijnych, ani mówić kobietom co mają zrobić ze swoją ciążą. Z libertarianizmu w żaden sposób to nie wynika, i jest co najwyżej konsekwencją osobistych przekonań danej osoby.

Nawet ortodoksyjny konserwatyści katoliccy – np. Tomasz z Akwinu, przyjmowali, że płód staje się człowiekiem dopiero w którymś tam tygodniu ciąży (po kilkudziesięciu dniach). Twierdzenie, że dzieje się to w momencie zapłodnienia uwłacza nie tylko rozumowi naukowca, ale uwłacza też rozumowi pierwszych chrześcijan: Żydzi opierając się na Starym Testamencie uznwali, że płód staje się człowiekiem dopiero w momencie zaczerpnięcia powietrza, czyli w momencie porodu (opierając to na słowach Biblii, że Bóg ulepi człowieka z prochu ziemi i tchnie życie w jego nozdrza), pierwsi chrześcijanie przejęli to biblijne rozumienie od Żydów, ale już w czasach Septuaginty tłumacze Pisma Świętego dodali od siebie dopisek, że kara śmierci czeka tego, kto spowoduje u kobiety poronienie, ale tylko poronienie płodu ukształtowanego, kiedy płód nie był ukształtowany to karą była tylko grzywna – to pokazuje, że w czasach tłumaczenia Septuaginty za człowieka uznawano już płód ukształtowany, tymczasem w średniowieczu – np. wspomniany Tomasz z Akwinu – przyjęto, że płód staje się człowiekiem po określonym czasie, po kilku tygodniach życia (Tomasz z Akwinu przyjmował 40 dni). Nikt wówczas nie przyjmował absurdalnego poglądu, jakoby człowiek powstawał w momencie zapłodnienia, to był pogląd absurdalny i godzący w rozum nawet dla naszych przodków.

Czy więc Partia Libertariańska powinna w swym myśleniu przyjąć poglądy bardziej restrykcyjne niż nawet konserwatywne poglądy religijne? Czy to byłoby rozsądne? Libertariańskie? Wolnościowe? I świadczyłoby o sile partii? Bo takie odnosze wrażenie, że tak to widzi właśnie autor bloga ANTISTATE.

Problem tego jakie wyznaczyć granice, i kiedy zarodek staje się człowiekiem to sprawa arbitralna, i nie do ustalenia na bazie nauki – to kiedy płód staje się człowiekiem to sprawa wiary i przekonań. Ludzie którzy myślą, że zarodek staje się człowiekiem w momencie połączenia plemnika z komórką jajową to ZDECYDOWANA mniejszość w społeczeństwie. Narzucanie im takiego poglądu to musiałby być zamordyzm. Bardzo słusznie więc, że Partia Libertariańską nie podejmuje się rozwikłania tego dylematu.

Niektórzy libertarianie – i ja się do nich zaliczam –mogą uważać, że Partia Libertariańska powinna zająć bardziej radykalne stanowisko wobec niektórych spraw – np. zdecydowanie opowiedzieć się za depenalizacją aborcji albo za karą śmierci. Wiadomo wszakże, że partii libertariańskich mogłoby powstać chyba z dziesięć różnych – a każda z innym podejściem do spraw obyczajowych, do aborcji, posiadania broni czy kary śmierci itp. – ale równie dobrze różnorodność może panować w obrębie jednej partii, wewnętrzna różnordność nie jest bowiem dowodem słabości, lecz siły – zwłaszcza z punktu widzenia filozofii wolności. Bowiem walcząc o wolność, walczymy właśnie o różnorodność, a nie o ujednolicanie wszystkiego.

Do napisania tego tekstu zachęcił mnie wpis znaleziony na, skądinąd świetnym, blogu ANTISTATE 
http://rafaltrabski.wordpress.com/moje-teksty/libertarianizm-3/islam-a-libertarianizm/
 pt. „Islam a libertarianizm”.  Autor tekstu stara się udowodnić, że islam jest czymś wrogim nie tylko kulturze Zachodu, ale w ogóle wrogim libertarianizmowi. W zasadzie po lekturze tego tekstu można odnieść wrażenie, że libertarianinowi nie pozostaje nic innego jak „iść na noże” z muzułmanami i w obronie wolności ginąć w „świętej wojnie”.

Moim zdaniem pierwszym błędem jaki popełnia autor jest to, że wsadza wszystkich muzułmanów do jednego worka, etykietując ich mianem „radykałów” czy wręcz terrorystów. I nie pomaga nawet zapewnienie autora, że „Zdaję sobie sprawę, że wielu muzułmanów nie musi być krwawymi sadystami pragnącymi nawrócić cały świat przemocą na islam i lubującymi się w torturowaniu i zabijaniu kobiet”, skoro dalej pisze o nich tak, jakby wszyscy właśnie takimi szaleńcami i sadystami byli, a jeśli nie są, to tylko dlatego, że nie zdobyli jeszcze większości w danym społeczeństwie: „Wiadomo, że wyznawcy islamu są grzeczni i spokojni tak długo, jak długo stanowią słabą mniejszość” – stwierdza Rafał Trąbski.

Na czym polega więc błąd? Błąd polega na tym, że autor tekstu zapomina, że libertarianie nie stosują odpowiedzialności zbiorowej. Gdyby w gronie 10 muzułmanów, jeden był terrorystą, to nie możemy o wszystkich 10 mówić jak o terrorystach czy fanatycznych radykałach i wszystkich 10 od razu z góry obkładać odpowiedzialnością. I inna sytuacja – gdyby w grupie 10 muzułmanów 9 było terrorystami, to nie możemy z góry odpowiedzialnością za nich obłożyć tego dziesiątego… Odpowiedzialność zbiorowa jest zdecydowanie czymś nie libertariańskim. W zasadzie to libertarianin – tak jak to kiedyś powiedział Marcin Chmielowski – to daltonista jeśli chodzi o narodowość, kolor skóry, płeć czy religie – libertarianin nie ocenia ludzi z powodu ich przynależności do jakiejś grupy czy religii, można powiedzieć nie ocenia kolektywnie – ocenia działania każdego człowieka indywidualnie.

Tekst Rafała Trąbskiego byłby więc poprawny, gdyby mówił on o konkretnych terrorystach czy fanatykach, a nie o muzułmanach jako całości. W zasadzie nie ma jednego islamu – są różne „islamy”, bardzo różniące się między sobą. Radykalny, fanatyczny islam, wbrew temu co chcą sugerować media, wcale nie stanowi większości. Nie możemy też zapominać o naszych rodzimych, polskich muzułmanach. Jako przykład wymienię dwie grupy: 1. islamistów skupionych wokół meczetu we Wrocławiu 2. Tatarów. Muzułmanie z meczetu we Wrocławiu, skupieni również wokół pisma As-Salam uważają się za muzułmanów liberalnych, czyli – jak sami mówią – takich, którzy uznają przede wszystkim prawo kraju w jakim żyją. Póki stosują się do praw kraju w jakim żyją, dopóty nie ma podstaw by się ich w jakikolwiek sposób czepiać, a gdyby któryś prawo polskie złamał, to również nie ma podstaw aby obarczać tym całą społeczność, lecz należy go surowo – zgodnie z polskim prawem – ukarać. Swoją drogą z pismem As-Salam polecam się zapoznać, jest ono bogatym źródłem wiedzy o poglądach polskich muzułmanów, tu przypominam sobie zamieszczone na jego łamach teksty potępiające terroryzm i tłumaczące, dlaczego ktoś kto jest terrorystą, automatycznie przestaje być muzułmaninem (tu polecam zwłaszcza As-Salam numer 1/2009, „Oświadczenie Rady Imamów przy Lidze Muzułmańskiej w RP w sprawie zamordowania polskiego obywatela w Pakistanie”, str. 8, mały fragment: „Zgodnie z naszą wiarą uczynek ten należy uznać za równoważny zamachowi przeciwko całej ludzkości. Czytamy w Koranie: „A kto zabił niewinnego człowieka to tak jakby unicestwił cały rodzaj ludzki” (V:32)” oraz ten sam numer, str. 15, tekst „Wartości liberalnego islamu”).

Drugą społecznością muzułmanów żyjących w Polsce są Tatarzy. Są to Polacy, dobrzy patrioci i porządni obywatele. Mimo tego, że mieszkają tu od kilkuset lat, nie zdarzyło się aby biegali z maczetami po mieście i usmiercali „niewiernych”. Wręcz odwrotnie, dowiedli swojej lojalności i jako Polscy patrioci walczyli u boku polskich królów przelewając krew za ten kraj.

Autor tekstu „Islam a libertarianizm” wsadzając wszystkich muzułmanów do jednego worka, stawia w tej samej pozycji  islamskich terrorystów, co muzułmanów liberalnych i polskich Tatarów. Co dla tych dwóch ostatnich jest mocno krzywdzące i nieuczciwe.

Czy islam jest zagrożeniem dla świata Zachodu? W pewnym sensie tak. Choć po bliższym przyjrzeniu się, zauważamy, że to nie islam jest zagrożeniem dla Zachodu, lecz polityka naszych rządów! Na „walke” z islamem jest tylko jeden sposób – obniżenie lub likwidacja socjalu. Muzułmanie nigdy nie zalaliby Europy zachodniej, gdyby nie było tam wysokiego socjalu. Sami się z tego śmieją, że we Francji czy w Anglii rząd daje ich kobietom darmowe utrzymanie, daje socjal na wychowanie dzieci oraz dach nad głową. A żeby dać islamskim kobietom, najpierw musi ograbić swoich własnych obywateli w podatkach – no bo rząd ma tylko tyle pieniędzy, ile wczesniej zabierze w podatkach. Muzułmanie nie rozumieją tego postępowania, śmieją się z tego, ale skoro ktoś daje, to biorą – tylko frajer by nie wziął. Słaby socjal w Polsce jest przyczyną tego, że muzułmanie jeszcze nas masowo nie zalali swoją obecnością… Gdyby nie było socjalu to nie mieliby po co tu przyjeżdżać, a nawet gdyby przyjeżdżali – to tylko ci pracowici, zaradni i przedsiębiorczy. I to nie w ilościach masowych.

Poza tym to własnie cywilizacja islamu ma swój historyczny wkład w rozwój myśli ekonomicznej, też wolnorynkowej. Ciekawie opisuje to Arkadiusz Sieroń w swojej pracy „Średniowieczni islamscy uczeni nieznanymi prekursorami współczesnej ekonomii?” Wskazuje, że świat Islamu miał wpływ zarówno na scholastyków z Salamanki (których uważa się za prekursorów myśli wolnorynkowej). Wymienia też zasłużonych islamskich myślicieli, takich jak Al-Ghazali czy Nasir ad-Din Tusi. To oni oddziaływali na szkołę z Salamanki, a także na Tomasza z Akwinu. Na wkład tych ostatnich – uczonych z Salamanki i samego Tomasza z Awkinu – w rozwój myśli, która doprowadziła ostatecznie do ukształtowania się austriackiej szkoły ekonomii wskazują w swych pracach zarówno Jesus Huerta de Soto, jak i Rothbard.

Na koniec jestem winien pewne wyjaśnienia. Nie, nie jestem islamistą i nie mam z ta religią nic wspólnego. Jestem po prostu przeciwny stosowaniu odpowiedzialności zbiorowej a także demonizowaniu kultury islamu. Stawiam otwarte pytanie: Cóż z nas będą za libertarianie, kiedy zaczniemy stosować prawo odpowiedzialności zbiorowej?

Niedawno na rynku ukazała się moja książka „Anatomia zła. Rzecz o mentalności śmierci” (np. zobacz tu: 
http://www.empik.com/anatomia-zla-rzecz-o-mentalnosci-smierci-hybsz-dawid,p1072627520,ksiazka-p
 ).

O czym jest książka? Najogólniej to o rozwoju. W pracy tej tylko jedną rzecz traktuję jako pewną – istnieją w nas mechanizmy autodestrukcji i możemy się od nich uwalniać. Cała reszta jest dyskusyjna – i o to chodzi aby się nad tym zastanawiać, polemizować, dyskutować, badać. W książce tej:

- szukam wzorców mentalności śmierci obecnych w naszej cywilizacji, kulturze, w religiach

- wskazuję mechanizmy psychologiczne powodujące w naszym życiu destrukcję i traumy oraz sposoby ich łagodzenia

- wskazuję metody podwyższania swojej żywotności i utrzymywania wysokiej życiowej energii i chęci życia

- pokazuję metody uwalniania się od wzorców destrukcji i cierpienia

- podejmuję próbę teoretycznego ujęcia tematu

 

Czy możemy w pełni uwolnić się od autodestrukcji, zła, cierpienia? Czy możemy osiągnąć wolność na poziomie psychologicznym? Czy jesteśmy w stanie na tyle odmienić swój los, aby prowadzić życie w pełni satysfakcjonujące? Jakim błędnym wzorcom i przekonaniom ulegamy? W jaki sposób uwikłaliśmy się w problemy z którymi stykamy się w naszym życiu?

W przyszłości będe zamieszczał tu na blogu fragmenty książki.

Polska Partia Libertariańska

Dodano 29 listopada 2013, w libertarianizm i Partia Libertariańska, przez Dawid Hybsz

Im jestem starszy, im więcej się rozwijam, im więcej zdobywam wiedzy, tym bardziej opowiadam się za wolnością. Jako zwolennik wolności – tak gospodarczych, jak i obyczajowych, nie miałem swojej reprezentacji politycznej – po prostu nie miałem na kogo głosować, bo ŻADNA partia polityczna nie reprezentowała moich poglądów. To taka cecha demokracji, że partie polityczne które są u władzy, wbrew pozorom, nie reprezentują poglądów, nie tylko mniejszości, ale wręcz poglądów większości. Dobrze wykonany eksperyment uświadomił mi to dobitnie – badacz próbował ustalić poglądy partii politycznych, na wykresie naniósł deklarowany stosunek partii politycznych do różnych zagadnień obyczajowych, społecznych i gospodarczych. Mieliśmy więc świetną ilustrację poglądów poszczególnych partii, i miejsca na wykresie, w którym się znajdują. Wcześniej osoby na sali zostały poproszone o wskazanie w ankiecie swojego stosunku do tych samych zagadnień. Naniesienie tych odpowiedzi na wykres, pokazało, że… większość osób na sali miała zupełnie inny stosunek do poszczególnych zagadnień społecznych, obyczajowych i gospodarczych niż partia polityczne, które rzekomo miały ich reprezentować! (ufff, jak widać, problem z brakiem reprezentacji politycznej to nie tylko mój problem). Można powiedzieć, że średnio ludzie mają inny stosunek do wielu zagadnień, niż partie polityczne na które głosują, niż władza, rząd. Dobrym przykładem jest np. problem kary śmierci. Badania CBOS-u, które widziałem, pokazują, że 77% Polaków jest za karą śmierci! Tymczasem żadna partia polityczna w sejmie kary śmierci nie popiera. No naprawdę świetna demokracja! Tak samo jest z całym szeregiem innych zagadnień politycznych, społecznych, gospodarczych… Ludzie swoje, politycy swoje…

Większość Polaków głosuje więc  na zasadzie „mniejszego zła”, czyli wybierając partie tylko częściowo zbliżoną do ich poglądów (o ile w ogóle sami mają jakieś poglądy, niestety wielu obywateli wygląda na kompletnych „bezideowców, ludzi bez skonkretyzowanych poglądów, moim zdaniem takie osoby w ogóle nie powinny głosować – ale to kwestia na inny wpis…). Ja głosowałem podobnie – jako zwolennik wolności gospodarczej najbliżej mi było do KNP, choć musiałem przymykać oko na ich ambiwalentny stosunek do wolności osobistych i tradycjonalistyczny, konserwatywny charakter. Jakaż była moja radość, gdy dowiedziałem się o powstaniu nowej partii – Polskiej Partii Libertariańskiej, która deklaruje konsekwentne przywiązanie do wolności, tak w sferze osobistej jak i gospodarczej! W końcu coś, na co z czystym sumieniem mogę zagłosować! Pierwsza w Polsce partia o poglądach wolnościowych i w jednej (obyczaje) i drugiej (gospodarka) sferze. Właśnie na to czekałem! Toteż ta inicjatywa Partii Libertariańskiej z miejsca dostała moje pełne poparcie, i to nie tylko deklaratywne, ale aktywne – odwiedziłem lokalną grupę, byłem na Zjeździe Założycielskim, wesprę każde działanie na rzecz wolności.

Co z tego dalej wyjdzie, zobaczymy. Będę tu na blogu zamieszczał swoje komentarze odnośnie funkcjonowania Partii Libertariańskiej i swoje przemyślenia.

Dlaczego partii o poglądach jednocześnie wolnościowych w sferze obyczajowej i w sferze gospodarczej nigdy wcześniej w Polsce nie było? – to pojąć nie mogę…

 

Co mnie skłania w strone wolności? Życie! Życie uczy… Każda działalność jaką do tej pory podejmowałem była w jakiś sposób niszczona lub ograniczana przez działalność państwa… Czy to chęć prowadzenia własnej działalności, czy to wydanie swojej książki (opodatkowanej na każdym etapie tworzenia)… Nawet praca na etacie się nie opłaca, z powodu zabierania na podatki 70% tego co sobie co miesiąc wypracujemy (tak, tak, podatek to ponad 70%, licząc z ZUS, a potem VAT za każdy kupowany w sklepie towar). I jak tu żyć, kiedy każdą twoją działalność bojkotuje rząd i urzędnik? Innym aspektem, który przybliża mnie do wolności jest zainteresowanie się wiedzą ekonomiczną (tu na początek polecam Menger „Podstawy ekonomii” lub Mises „Ludzkie działanie”). O wolnościach obyczajowych już nawet nie wspomnę – bo tak jak każdy normalny człowiek, nie życzę sobie, aby rząd wchodził buciorami do mojego domu….  Także, muszę się przyznać, medytacja – tak, im więcej zajmuję się medytacją, tym mniej mam ochoty na narzucanie ludziom swoich poglądów czy sposobów życia. Po prostu wzrasta we mnie szacunek dla ludzi i ich wyborów.